Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skra bełchatów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skra bełchatów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2014

Rekordowa bitwa

 
Rekordowa frekwencja w Atlas Arenie - fot. T. Miksa
1 mecz. 2 utytułowane drużyny. 9 obecnych Mistrzów Świata. I 12,5 tysiąca kibiców na trybunach. Niedzielny mecz w łódzkiej Atlas Arenie był widowiskiem wyjątkowym nie tylko przez walory sportowe. Jeszcze nigdy w historii europejskiej siatkówki meczu ligowego nie obejrzało tak liczne grono widzów. Polska po raz kolejny udowodniła, że jest siatkarską potęgą - zarówno, jeśli chodzi o poziom sportowy, jak i organizacyjny.

Ze względu na ogromne zainteresowanie siatkówką w Polsce, postanowiono przenieść niedzielny mecz pomiędzy Skrą Bełchatów a Asseco Resovią Rzeszów do jednej z większych hal w Polsce. Mimo ponad 12 tysięcy miejsc, bilety rozeszły się w błyskawicznym tempie.
Sam Karol Kłos, środkowy PGE Skry Bełchatów tak komentował po meczu sytuację na trybunach:
- Na pewno nie cała hala nam kibicowała, ale większa część, co było widać i słychać. Praktycznie całe trybuny były żółte z przerwą w pasy. Cieszę się, że byli zarówno nasi kibice, jak i Resovii. Można było się poczuć jak na meczu reprezentacji - chwalił siatkarz.

Popis lidera
Sam mecz, mógł nieco rozczarować. Choć na boisku pojawiły się same wielkie nazwiska, gdyż trenerzy postawili na swoich najmocniejszych zawodników, widowisko było niemal całkowicie jednostronne.Tylko pierwsze akcje inauguracyjnego seta, były wymianą punkt za punkt. Im dalej, tym większą przewagę wypracowywali sobie Bełchatowianie, grający w roli gospodarza. Zdobywali punkty w ataku, bloku, a błędy popełniane na zagrywce nie groziły utratą kontroli nad tym, co działo się na parkiecie. Bez specjalnego wysiłku podopieczni Miguela Falasci "dowieźli" prowadzenie do końca i pewnie wygrali 25:19.
Druga odsłona z początku wydawała się bliźniaczo podobna do pierwszej. Siatkarze Skry szybko jednak złapali swój rytm z pierwszego seta i doprowadzili do stanu 12:9. Kiedy sytuacja nie chciała ulec zmianie, na boisko wszedł młody zawodnik Rzeszowa - Dawid Dryja. Jego dwie świetne zagrywki z rzędu pozwoliły drużynie przyjezdnych na zniwelowanie straty do jednego punktu (16:17). Przebudzenie Pasów trwało jednak tylko chwilę. Konsekwentnie tracili kolejne punkty, popełniając coraz więcej błędów. Set zakończył się porażką podopiecznych Andrzeja Kowala 20:25.
Trzecia partia była tylko formalnością. Resoviacy nadal nie potrafili zdominować świetnie dysponowanego rywala. Pierwszą przerwę techniczną zakończyli trzypunktową stratą. Później było już tylko gorzej. Świetnie prezentował się Facundo Conte, który wykorzystywał niemal każdą piłkę, czym zasłużył sobie na tytuł MVP całego spotkania. Kiedy tablica wyników wskazywała 18:11 dla gospodarzy, stało się niemal jasne, że nie ma szans na odwrócenie losów tego spotkania. Rzeszowianie zdobyli jeszcze kilka punktów, przewagi jednak nie zdobyli i ta odsłona zakończyła się wynikiem 25:20 i zdecydowanym zwycięstwem gospodarzy 3:0.

Okiem kibica
W życiu byłam już na kilkunastu spotkaniach. Miałam okazję oglądać na żywo zmagania Skry Bełchatów w Lidze Mistrzów, widziałam popisy naszych reprezentacji - męskiej i kobiecej. Mecz ligowy był jednak zupełnie nowym, niesamowitym przeżyciem.
Kiedy grają ze sobą dwie polskie drużyny, a na widowni zasiadają kibice i jednych, i drugich, rozpoczyna się prawdziwa wojna. Wrzawa  na trybunach jest jeszcze większa niż na meczach reprezentacyjnych. Kluby Kibica gospodarzy i przyjezdnych toczą walkę na doping, nie ustają śpiewy, mające zagrzewać ukochaną drużynę do walki. Fani przekrzykują się, próbując udowodnić która strona jest lepsza, która zasłużyła na zwycięstwo. Na trybunach wykwitają ogromne flagi w barwach dwu klubów. Oprawa jest naprawdę wspaniała. Ciekawym pomysłem wykazali się także organizatorzy, którzy w niedzielę pozwolili nam obejrzeć bitwę maskotek. Podczas przerw na parkiet wybiegała bełchatowska Pszczoła i rzeszowski wilk Soviak, którzy urządzali sobie taneczny pojedynek. Wszystko to tworzyło naprawdę wyjątkowe widowisko, które dostarczało kolejnych niezapomnianych wrażeń.

wtorek, 1 stycznia 2013

Gramy dla dzieci!







Siatkówka jest nieprzewidywalnym sportem. Są spotkania, w których nie dziwi nawet to, gdy na boisku obok Mariusza Wlazłego pojawia się Zygmunt Chajzer.



Taka sytuacja miała miejsce 16 grudnia w częstochowskiej hali na Zawodziu. Odbył się tam mecz charytatywny pomiędzy Skrą Bełchatów a Reprezentacją Polski. Drużyny te, jako pierwsze (i oby nie ostatnie) w Polsce, zawiązały współpracę z organizacją UNICEF. Cały dochód z tego niecodziennego spotkania przeznaczony zostanie na pomoc dzieciom głodującym w Czadzie.

Dla kibiców, którzy tamtego dnia pojawili się na hali, nie był to koniec niespodzianek. Zarząd PZPS-u, z prezesem Przedpełskim na czele, postanowił przetestować nową formułę rozgrywek. Zamiast dobrze nam znanej gry do trzech wygranych setów, każdy do 25 punktów (pomijając tie-breaka), teraz miało się to odbywać do pięciu wygranych partii, do 15 każda. Wszyscy zastanawiali się jak sprawdzi się to w praktyce. Pierwsza próba nie wypadła zbyt pomyślnie. Mecz niemiłosiernie się dłużył i można było mieć problemy z zapamiętaniem aktualnego wyniku. Zanim zawodnicy zdążyli odpowiednio 'wejść' w partię, zabawa się kończyła, nie było tych emocji, które zawsze towarzyszyły walce w końcówce seta. Trzyminutowe odstępy między odsłonami, przerwy techniczne i czasy na żądanie trenerów sprawiały, że w spotkaniu było więcej przerw niż właściwej gry. Nie jest to dobre dla zawodników, gdyż ich organizmy się „wychładzają” i może to powodować różnorakie kontuzje. Opinia, że dzięki zmniejszeniu liczby punktów w secie, każdy z nich będzie rządził się prawami tie-breaka, okazała się błędna. Wyjątkowość tego prawdziwego powoduje fakt, że jest to ostatnia partia, ostatnia szansa na wygranie meczu. A po co przykładać się do trzeciego z kolei tie-breaka? Formuła póki co się nie sprawdziła, ale trzeba pamiętać, że testowano ją tylko raz i to w meczu towarzyskim. Jeśli uważniej pochylono by się nad tym pomysłem i wykorzystało go w spotkaniu o jakąś stawkę, byłoby więcej materiału do oceny. Bo nad każdą rzeczą trzeba odpowiednio długo pracować, by ją udoskonalić. A PZPS, chociażby system challenge, udowodnił, że jego pomysły nie zawsze są złe.

Roszady w składach zapowiadały ciekawe widowisko. W barwach drużyny z Bełchatowa, oprócz stałych graczy, czyli Daniela Plińskiego, Mariusza Wlazłego, Konstatina Cupkovicia, Dantego Boninfante, Michała Bąkiewicza czy ostatnio debiutującego Macieja Muzaja, zobaczyliśmy też wielu reprezentantów Młodej Skry. Lisinać, Piechocki, Zugaj, Wdowiak, Maćkowiak – to są nazwiska, które już za kilka lat mogą zawojować polską i światową siatkówkę. Oprócz tego do występu w tym spotkaniu zaproszeni zostali znany dziennikarz Zygmunt Chajzer i wschodząca gwiazda polskiego tenisa Jerzy Janowicz.
W Reprezentacji Polski zabrakło naszych czołowych zawodników. Kibice nie mogli być jednak zawiedzeni. W składzie pojawili się Michał Winiarski, Karol Kłos, Paweł Woicki, Paweł Zatorski oraz Miłosz Hebda, Mariusz Marcyniak i Miłosz Zniszczoł. Oprócz tego na boisku mogliśmy oglądać dwóch graczy, którzy karierę reprezentacyjną mają już za sobą - Andrzeja Stelmacha i Piotra Gruszkę. Halę zaszczycił swoją obecnością także trener Andrea Anastasi ze swoim asystentem Andreą Gardinim.

Sam mecz przebiegał w fantastycznej atmosferze. Widać było, że zawodnicy czerpią dużą radość z gry, dochodziło do wielu zabawnych sytuacji. Zwłaszcza w trzecim secie, gdzie zobaczyliśmy między innymi przebicie głową Michała Winiarskiego, obniżanie siatki Jerzemu Janowiczowi czy popis w ataku libero bełchatowian. Niestety sędziowie nie stanęli na wysokości zadania, gdyż oni jako jedyni pozostali śmiertelnie poważni. Nie pozwalali zawodnikom na żarty, wszystkie zaliczali do kategorii „błędy”. Gdyby nie to, mecz byłby jeszcze ciekawszy i mógłby stać się namiastką plusligowego Meczu Gwiazd, który cieszył się aprobatą kibiców. Pozostało nam tylko widowisko czysto sportowe i nie można powiedzieć, że była to mniej ciekawa perspektywa. Co prawda, nowa formuła pobawiła spotkanie odrobiny dynamiki i emocji, jednak zespoły stanęły na wysokości zadania i widzowie mogli być w 100% usatysfakcjonowani. Nie zabrakło efektownych ataków, długich wymian czy ofiarnych obron. Umiejętnościami siatkarskimi na bardzo wysokim poziomie pochwalił się Jerzy Janowicz, a Zygmunt Chajzer również zaliczył kilka udanych akcji. Niestety, nie obyło się także bez kontuzji. Na początku szóstego seta Michał Winiarski upadł na boisko i cały siatkarski świat, śledzący to spotkanie, wstrzymał oddech, kiedy przez dłuższą chwilę się nie podnosił. Okazało się, że chodzi o plecy, a konkretniej o krzyżowo – lędźwiowy odcinek kręgosłupa. Winiarski został zniesiony z boiska, gdzie od razu zajęli się nim lekarze. Kontuzja nie okazała się tak poważna jak się mogło wydawać i po kilku dniach rekonwalescencji przyjmujący miał wrócić do gry.

Mecz ten prawie całkowicie wykorzystał możliwości nowej formuły, gdyż skończył się wynikiem 5:3 dla Reprezentacji Polski. Ale w rzeczywistości zwycięzców było zdecydowanie więcej. Dzięki temu pojedynkowi udało się pomóc dzieciom głodującym w Czadzie. I właśnie to było głównym priorytetem, bo w spotkaniach takich jak to nawet wynik sportowy odchodzi na dalszy plan. Oby inne polskie drużyny, nie tylko te siatkarskie, poszły śladami PGE Skry Bełchatów i zaangażowały się w współpracę z UNICEF-em.

sobota, 24 listopada 2012

Europejskie podboje Skry



Sezon siatkarski rozpoczął się na dobre. Trwają rozgrywki krajowe, ruszyła też Liga Mistrzów. W tym sezonie możemy oglądać tam trzy polskie zespoły, w tym najbardziej ograną w europejskich pucharach Skrę Bełchatów. Póki co bełchatowianie radzą sobie świetnie.

 


Mamy za sobą trzy kolejki Ligi Mistrzów, pełne dobrej gry polskiej ekipy. Póki co nie mamy sobie równych, co widać w wynikach i pozycji lidera grupy E.
Na rozpoczęcie sezonu bełchatowianie zafundowali sobie wyjazd do Stambułu, gdzie mieli zmierzyć się z tamtejszym Fenerbachce. Klub ten był budowany głównie z myślą o europejskich rozgrywkach. Dołączyły do niego takie gwiazdy, jak aktualny Mistrz Europy Ivan Milijković, argentyński rozgrywający Rodrigo Quiroga czy Kubańczyk Marshall. Na wicemistrzach Polski nie zrobiło to jednak większego wrażenia i cały czas spokojnie kontrolowali przebieg spotkania. Dopiero w ostatnim secie mieliśmy nieco więcej problemów, gdyż set skończył się dopiero przy stanie 27:25. Ostatecznie wygraliśmy w dobrym stylu, pokonując Turków 3:0.
Następnie przyszła kolej na rumuński Tomis Constanta. Nie jest to klub najwyższej światowej klasy, jednak doświadczenie nauczyło nas, że nie można lekceważyć żadnego, najsłabszego nawet rywala. Na nasze szczęście, Tomisowi nie pomógł nawet doping kibiców i Rumuni polegli na własnym terenie 0:3.
W końcu doczekaliśmy się konfrontacji z najtrudniejszym rywalem z grupy E. Dynamo Moskwa – zespół dobrze nam znany i ogromnie wymagający. Dodatkowych emocji dostarczał fakt, że w tym sezonie szeregi rosyjskiego klubu zasilił były bełchatowianin, Bartosz Kurek. Niestety niemal od razu po transferze do Moskwy doznał kontuzji stawu skokowego. Robił wszystko by być gotowym na mecz w Łodzi, jednak trener Jurij Czerednik uznał, że Bartek nie jest jeszcze w stanie pomóc drużynie. Przyjmujący nie znalazł się nawet w meczowej dwunastce, więc Atlas Arenę odwiedził tylko w charakterze kibica. Skra Bełchatów, grając w wypełnionej po brzegi łódzkiej hali, nie dała szans przyjezdnym. Nie przestraszyliśmy się rosyjskich ataków, broniliśmy niemal każdą piłkę i tym razem to my bombardowaliśmy przeciwników świetnymi zagrywkami. Gra szła nam jak z nut i tylko w drugim secie pozwoliliśmy Rosjanom na nieco więcej. Mecz wygraliśmy 3:1.
Tydzień później odbył się rewanż, który, mimo identycznego wyniku, wyglądał nieco inaczej. Podczas spotkania na wyjeździe zaprezentowaliśmy nieco gorszy styl gry. Tylko w pierwszej odsłonie nie mieliśmy większych problemów i wygraliśmy go do 16. Od początku drugiej partii zaczęły się nasze problemy. Popełnialiśmy zbyt dużo błędów własnych, nie radziliśmy sobie w przyjęciu i raz po raz nadziewaliśmy się na blok czy posyłaliśmy piłki w aut. Poskutkowało to przegraniem drugiego seta do 22 i niemałych kłopotów w secie trzecim. Na szczęście zdołaliśmy się zmobilizować na tyle, żeby nie dopuścić do tie-breaka. Po ciężkim boju udało się wywieźć z Moskwy trzy punkty.



Dotychczasowa postawa PGE Skry, daje podstawy do pozytywnego rozpatrywania naszego udziału w Lidze Mistrzów. Jesteśmy liderem grupy E, nazwanej przed rozgrywkami grupą śmierci i dwukrotnie zdołaliśmy pokonać rosyjskie Dynamo. Jeśli Polacy zdołają utrzymać taką formę, jaką prezentują teraz w Europie, to może uda się coś ugrać. Nie da się przymknąć oka na niektóre rażące błędy z ostatniego spotkania, niemniej jednak prezentujemy dobry, równy styl. Tak jest przynajmniej w pucharach, gdyż na rodzimym podwórku nie jest tak dobrze. Miejmy nadzieję, że poziom, jaki zaprezentują nam bełchatowianie zarówno w dalszej części Plus Ligi, jak i Ligi Mistrzów, będzie najwyższym, na jaki ich stać.

sobota, 19 maja 2012

Do ośmiu razy sztuka



Asseco Resovia Rzeszów przerwała, trwającą siedem lat, hegemonię Skry Bełchatów na parkietach PlusLigi. Dominowali na boisku, pozwalając bełchatowianom wygrać tylko jedno spotkanie w rywalizacji do trzech zwycięstw. Niestety, w pewnych momentach drużynom nie udało się utrzymać nerwów na wodzy.

Bij mistrza!
Skra Bełchatów rozpoczynała finałowe zmagania jako bezapelacyjny faworyt. Siedem tytułów mistrzowskich z rzędu najlepiej tłumaczy to zjawisko. Kiedyś, podczas przeglądania sportowej prasy, utkwiło mi w pamięci zdanie: „W siatkówkę grają w całej polsce, a na końcu i tak wygrywa Skra Bełchatów”. I ta myśl była aktualna przez bardzo długi czas. Aż do teraz.
W związku z powyższym, na zespole z Rzeszowa nie ciążyła żadna presja. Nie mieli nic do stracenia, a tak wiele do zyskania. Swoją szansę wykorzystali najlepiej jak się dało. Udowodnili, że Skra jest do pokonania.

Uwaga Grozer i niespodzianka w Bełchatowie
Rozstrzygnięcie batalii o tytuł Mistrza Polski było największą niespodzianką sezonu, nie umniejszając umniejętnościom Resovii. Zdobyli go jednak jak najbardziej zasłużenie.
Set inaugurujący finałowe zmagania nie zapowiadał tej końcowej sensacji. Podopieczni Jacka Nawrockiego utrzymywali przeciwników na dystans i wygrali do 18. Jak się później okazało, rzeszowianie po prostu potrzebowali czasu by „wstrzelić się” w mecz. Kolejne trzy sety padły bowiem ich łupem i w rywalizacji do trzech zwycięstw było już 1:0.
 W drugim spotkaniu to drużyna gości od początku dominowała na boisku. Bełchatowianie popełniali dużo błędów własnych, zawodziły czołowe armaty, czyli Wlazły i Kurek. W drużynie przeciwnej szalał za to Georgy Grozer. Niemiec, który w przyszłym sezonie reprezentował będzie barwy rosyjskiego Lokomotivu Biełgorod, rozegrał naprawdę wspaniałe zawody. Jego mocne ataki i zagrywki oscylujące w granicach 120 km/h siały spustoszenie w szeregach Skry. Dzięki tym wszystkim czynnikom, siatkarze Asseco Resovii opuszczali Bełchatów z dorobkiem dwóch zwycięstw.

Emocje na Podpromiu
Po zmianie miejsca rozgrywek, można było przypuszczać, że rywalizacja się odwróci. W końcu widać było, że do walki stają dwie wyrównane drużyny. Zawodnicy PGE wybudzili się i zaczęli grać na poziomie do jakiego nas przyzwyczaili. Byli bardziej skoncentrowani, na spokój panujący w szeregach gospodarzy, odpowiadali agresywną, skuteczną siatkówką. Wróciła także dobra dyspozycja Bartosza Kurka i Mariusza Wlazłego. Rzeszowianie wrócili do gry dopiero w trzecim secie. Mądre wykorzystanie środkowych i nadal utrzymujący się poziom Grozera i Achrema przyniósł skutki i podopieczni Andrzeja Kowala wygrali partię do 16. Początek czwartej odsłony mógł zapowiadać, że spotkanie zakończy się dopiero w tie – breaku. Resovia na pierwszą przerwę techniczną schodziła prowadząc aż 8:3. Bełchatowianom udało się jednak odzyskać rezon i dociągneli mecz do końca, wygrywając seta do 20 i całe spotkanie 3:1. Oznaczało to, że rywalizacja o tytuł mistrzowski nadal pozostawała otwarta.
Inauguracja czwartego spotkania była bardzo wyrównana, żaden zespół nie mógł wypracować sobie bezpiecznej przewagi. Jednak w szeregi PGE znów wkradły się błędy w zagrywce, a cały atak spadł na barki Wlazłego, który zanotował 80% skuteczność w tym elemencie. Resovia za to grała bardzo mądrze, szanując i wykorzystując każdą piłkę, dzięki czemu doprowadzili do stanu 24:20. Wtedy w bełchatowian, a konkretniej w Bartosza Kurka, ponownie wstąpił duch walki. Przyjmujący wykonał trzy znakomite zagrywki z rzędu i zrobiło się już tylko 24:23. Andrzej Kowal poprosił o czas dla swojej drużyny, który dał oczekiwane rezultaty, gdyż po powrocie na boisko Kurek posłał piłkę w aut, kończąc seta. W drugiej partii Skra od samego początku nieznacznie prowadziła i stopniowo powiększała dystans. Akcję na przełamanie siatkarze Asseco mieli dopiero przy stanie 14:11. Trudną piłkę fenomenalnie wybronił Alek Achrem, a akcję efektownym atakiem zakończył Georgy Grozer. Później w bloku szalał Piotr Nowakowski i przewaga PGE zmalała do jednego punktu. Skuteczne kontry i wspaniale dysponowany Grozer dały rzeszowianom zwycięstwo 25:21. Trzecią i, jak się później okazało, ostatnią partię gospodarze rozpoczęli mocnym akcentem jakim były trzy asy serwisowe Grozera z rzędu. Na pierwszą przerwę techniczną schodzili wygrywając aż pięcioma punktami. Postawieni pod ścianą bełchatowianie zupełnie nie radzili sobie z odpieraniem ataków rywali, popełniali mnóstwo błędów własnych. Po błędzie Bartosza Kurka, który przeszedł linię trzeciego metra, w hali na Podpromiu wybuchła euforia. Około 5 tysiecy kibiców, zawodnicy i sztab szkoleniowy Asseco Resovii Rzeszów cieszyli się z odzyskania po 37 latach Mistrzostwa Polski.

Ciemna strona siatkówki
Spotkaniom tej rangi zawsze towarzyszą silne emocje. Czasami łatwo dać się im ponieść, o czym bardzo dobrze przekonali się siatkarze i trener PGE Skry. Podczas drugiego meczu finałowego doszło bowiem do dość niemiłego incydentu z ich udziałem.
Trzeci set zakończył się zwycięstwem gospodarzy 26:24. Początek czwartej odsłony zapowiadał, że nie wszystko jest przesądzone i  tie – break stawał się coraz bardziej prawdopodobny. Było 14:13 dla Asseco Resovii, Paul Lotman zaatakował w aut. Jednak sędziowie przyznali punkt podopiecznym Andrzeja Kowala, gdyż uznali, że piłka otarła się o blok Bartosza Kurka. Bełchatowianie od razu zaprotestowali, żądając wideoweryfikacji. Arbiter spędził nad powtórkami wideo dłuższą chwilę, a kiedy wrócił na boisko, okazało się, że pozostaje przy swoim zdaniu. Skra nie przerwała protestów, do których włączył się trener Jacek Nawrocki. Daniel Pliński podszedł do stolika sędziowskiego i, nie przebierając w słowach, żądał zmiany decyzji. Wywiązało się niemałe zamieszanie, którego skutkiem była żółta kartka dla szkoleniowca PGE. I tak zamiast 14:14 zrobiło się 16:13 dla gospodarzy. Skra była całkowicie rozbita, nie pomagały czasy na żądanie Nawrockiego. Resovia zdominowała wydarzenia na boisku i wygrała ostatnią partię do 15. Jak się później okazało, nie był to koniec sporów o tamten blok. Dopiero po zakończeniu spotkania rozpętała się prawdziwa awantura.  Trener przyjezdnych zasiadł do stolika sędziowskiego, domagając się, by pokazano mu powtórkę. Gdy jego życzenie zostało spełnione, swoją opinię wyraził krótkim, aczkolwiek treściwym, zdaniem „Gdzie ty tu k*** blok widzisz?!”. Odpowiedzi na to pytanie niestety nie otrzymał. Do kłótni włączyli się również Bartosz Kurek, ironicznie bijąc sędziom brawo, by okazać swoją dezaprobatę.  Ostatecznie bełchatowianie niczego nie osiągnęli, może z wyjątkiem kar finansowych dla trenera Nawrockiego, Bartka Kurka i Daniela Plińskiego. Trzeba jednak pochwalić postawę Mariusza Wlazłego, który w całej tej sytuacji zachował zimną krew. Nie włączył się w nagonkę na sędziów, cały czas uspokajał kolegów. Zachował spokój, udowadniając, ze zasłużył na miano kapitana zespołu.
Cała ta sytuacja była dość niecodzienna, dawno nie spotkałam się z tak gwałtowną reakcją na sędziowskie decyzje. Protest bełchatowian był uzasadniony, ponieważ te punkty mogły być dość istotne w perspektywie całego meczu, jednak jego forma była dla mnie całkowicie niezrozumiała. Skra jest na tyle doświadczonym i klasowym zespołem, że nie powinna reagować aż tak emocjonalnie. Ostatnimi czasy nie mają oni szczęścia do sędziów, jednak tym razem padło kilka słów za dużo. Nerwy nerwami, ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w profesjonalnym sporcie.

Finał kompletny
Przed rozpoczęciem finału, niewielu spodziewało się takiego rozstrzygnięcia. Po raz kolejny jednak przekonaliśmy się, że sport bywa nieprzewidywalny i każdy może tu wygrać z każdym. Resovia była lepiej dysponowana, co widać po wyniku końcowym. Bełchatowianie nie trafili z formą w decydującą fazę Mistrzostw, a może ciążąca na nich presja zrobiła swoje. Faktem jest, że siatkarze Asseco Resovii zasłużenie wygrali, gdyż zaprezentowali się z lepszej strony, popełnili mniej błędów niż przeciwnicy i okazali się odporniejsi psychicznie. I oczywiście mieli po swojej stronie fenomenalnego Geroga Grozera, który był najmocniejszym punktem drużyny i w krytycznych momentach brał na swoje barki cieżar gry. Jego transfer będzie sporym osłabieniem rzeszowian. Incydent z kontrowersyjną decyzją sędziowską zburzył nieco obraz dobrego, sportowego widowiska, niemniej jednak nie moża narzekać na brak emocji w finale. Zawodom tym nie brakowało niczego – dwie wielkie drużyny, cała plejada siatkarskich gwiazd, dużo dramaturgii i siatkówka na wysokim poziomie. To, na pewno zaskakujące, zakończeniecie tylko ostrzy apetyt na przyszły sezon. Czyżby dominacja Skry na krajowym podwórku definitywnie dobiegła końca?

piątek, 13 kwietnia 2012

Srebrna Skra



Tegoroczną edycję Ligi Mistrzów siatkarze bełchatowskiej Skry zakończyli na drugim miejscu, ulegając w finale Zenitowi Kazań. Trzecia lokata przypadła broniącemu tytułu Trentino Volley, a czwartą zajęła drużyna Arkasu Izmir. W Final Four nie zabrakło emocji, zaciętych spotkań i siatkarskiego widowiska na wysokim poziomie. Niestety, nie obyło się też bez kontrowersyjnych decyzji sędziowskich, które mogły zaważyć o końcowej klasyfikacji.


Dwie wielkie drużyny. Prawie 14 tysięcy kibiców zgromadzonych w łódzkiej Atlas Arenie, spragnionych emocji i wspaniałej siatkówki. Pięć setów zaciętej walki, miliony heroicznych obron i efektywnych ataków, hektolitry wylanego ze zmęczenia potu. I jeden blok. A właściwie jeden palec. Palec Jurija Bierieżki, który ostatecznie położył kres naszym marzeniom o złotym medalu  Ligi Mistrzów i sprawił, że z oczu tysięcy Polaków obecnych na hali oraz śledzących zmagania przed telewizorami pociekły łzy.
Tak właśnie można streścić to, co działo się w wielkim finale Ligi Mistrzów. Mecz ten zapewne pozostanie w pamięci siatkarskiej Polski jeszcze przez długi czas. Emocje, które mu towarzyszyły były tak ogromne, że niełatwo szybko się ich pozbyć i chłodnym okiem prześledzić weekendowe wydarzenia.

Nerwowy półfinał
W meczach półfinałowych obie drużyny napotkały na swojej drodze wymagających przeciwników. Łatwiejszą przeprawę miała Skra Bełchatów, która musiała zmierzyć się z tureckim Arkasem Izmir. Mecz zakończył się zwycięstwem bełchatowian 3:0, jednak nie było to łatwe spotkanie. Goście wykazywali się ogromną wolą walki i cały czas nie pozwalali wypracować nam bezpiecznej przewagi. Zwłaszcza w trzecim secie w naszym zespole zapanowała jakaś niemoc i przegrywaliśmy już 1:7. Na szczęście dobry atak Bartosza Kurka i trzy punktowe bloki z rzędu przełamały passę zespołu z Izmiru. Długo jednak nie mogliśmy odzyskać przewagi, to przeciwnicy mieli cztery piłki setowe. Udało się je obronić, a później zakończyć spotkanie przy pierwszej okazji. Niemały udział miał w tym Bartosz Kurek, który w pełni zasłużył na miano najlepszego zawodnika spotkania.

Spotkanie na szczycie
W drugim półfinale Zenit Kazań walczył z Trentino Volley. Drużyn tych chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, lista ich tytułów jest bowiem bardzo długa. Dlatego też sztuką niemal niemożliwą było wskazanie faworyta tego spotkania. Mimo tego, minimalna większość głosów przemawiała za zwycięstwem zespołu z Trydentu – aktualnego obrońcy tytułu. Wszyscy kibice włoskiego zespołu pewnie czują się nieco rozczaowani, gdyż obronną ręką z tego spotkania wyszedł Zenit Kazań. Już pierwszy set, wygrany przez Trentino dopiero przy stanie 33:31 pokazywał, że na pewno będzie to ciężkie spotkanie. Każda kolejna odsłona była zażartą walką punkt za punkt, rozstrzygającą się dopiero w końcówkach. Wyjątkiem była ostatnia, czwarta partia, w której postawieni pod ścianą Włosi całkowicie się pogubili i niemal bez oporu pozwolili Zenitowi doprowadzić ten mecz do końca. Rosjanie wygrali całe spotkanie 3:1, przerywając tym samym serię trzech kolejnych triumfów Trentino w Lidze Mistrzów. Sensacyjnie awansowali do finału, gdzie czekała już na nich bełchatowska Skra.

Niedziela pełna emocji
Drugiego dnia rozgrywek miało dojść do rozstrzygnięcia kto zgarnie tytuł najlepszego zespołu Starego Kontynentu. Najpierw jednak czekały nas nieco mniejsze emocje. Przegrani meczy półfinałowych – Arkas Izmir i Trentino Volley – walczyli o swego rodzaju „nagrodę pocieszenia”, czyli brązowy medal tegorocznego czempionatu. To spotkanie było przez większość czasu było przedstawieniem jednego aktora. Mimo niezwykłej waleczności, siatkarze z Turcji nie byli w stanie dotrzymać kroku Trentino. Popełniali zbyt dużo błędów własnych i nie radzili sobie z wysokim poziomem jaki Włosi reprezentowali w ataku czy na zagrywce, czego konsekwencją była przegrana 0:3 (20:25, 19:25, 19:25).
W końcu nadeszła ta chwila. Wypełniona po brzegi Atlas Arena czekała na rozpoczęcie meczu finałowego. Po przeciwnych stronach siatki stanęły PGE Skra Bełchatów i Zenit Kazań. Drużyny reprezentujące bardzo podobny poziom miały stanąć do walki by przekonać się, która z nich zasłużyła na miano Mistza Europy. Mecz ten miał niemal wszystko, czego od tego szczebla rozgrywek można wymagać. Było trochę nerwowości i błędów, jednak one zostały zatuszowane całą masą efektownych ataków, emocjonujących wymian i indywidualnych popisów siatkarskiej elity. Jest jeszcze jedna rzecz, przez którą spotkanie utkwi w głowach kibiców. I niestety nie ma ona wiele wspólnego z czysto sportową rywalizacją.

Błąd na wagę złota
Chodzi o błędną decyzję pana Dejana Jovanovicia , czyli sędziego głównego meczu finałowego. I może jego pomyłka nie byłaby tak rażąca, gdyby nie fakt, że przyznany przez niego punkt zakończył całe spotkanie. Kiedy przy stanie 16:15 dla Zenitu, piłka po naszym bloku wylądowała w aucie, sędzia przyznał punkt gościom. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że po drodze został dotknięty rosyjski blok. Widział to sędzia asystent, Milan Labasta i nie omieszkał poinformować o tym swojego serbskiego kolegi. Ten jednak z miną nieznoszącą sprzeciwu zakończył spotkanie i upuścił swoje stanowisko. Niewielu żywiłoby do niego urazę, gdyby chodziło o zwykły mecz ligowy czy w środku seta. Ale jego, de facto błędna, decyzja zaważyła o kolejności drużyn na podium. Arbiter tej klasy, jaką z pewnością reprezentuje pan Jovanović, mający duże doświadczenie w zawodzie, nie powinien popełniać takich błędów w kluczowych momentach meczów o wysoką stawkę.

Zemściły się niewykorzystane szanse
Gwoli ścisłości, daleka jestem od stwierdzenia, że przegraliśmy złoto Ligi Mistrzów przez sędziego. Zabrał nam ostatnią szansę, bo gdyby znowu był remis, ostateczny wynik mógłby być inny. Jednak tych szans na skończenie meczu mieliśmy zdecydowanie więcej. Mogliśmy to zrobić już w czwartym secie, kiedy mieliśmy pierwszą piłkę meczową po swietnym ataku Mariusza Wlazłego. Wtedy jednak trener Zenitu wziął czas dla swojej drużyny. Po pół minuty zespoły wróciły na boisko, w pole serwisowe powędrował Wlazły i wtedy… Alekno ponownie poprosił o czas. Metoda rosyjskiego szkoleniowca okazała się skuteczna. Wybiła bełchatowian z rytmu, czego skutkiem była zagrywka w siatkę. W końcówce szczęście sprzyjało Zenitowi. W ostatniej akcji tego seta, piłkę do gry wprowadzał Nikołaj Apalikow. Jego serw zatańczył na siatce, po czym spadł w drugi metr boiska, gdzie nie zdążył już Paweł Zatorski.
Początek tie – breaka nastrajał optymistycznie. Wypracowaliśmy sobie trzypunktową przewagę. Jednak Rosjanie nie złożyli jeszcze broni. Szybko odrobili straty i od tamtej chwili trwała niesamowicie wyrównana walka punkt za punkt, cios za cios. Ponownie to my jako pierwsi mogliśmy zakończyć spotkanie. Rosjanom jednak udało się obronić dwie piłki meczowe, a później wypracowali sobie własną. Wspomniane wcześniej obicie bloku przez Michała Winiarskiego, którego rzekomo nie było, zakończyło zmagania tegorocznej Ligi Mistrzów. Niestety, marzenia o złotym medalu musimy odłożyć na przyszły sezon.

piątek, 16 marca 2012

Siatkarskie święto w łódzkiej Atlas Arenie


Organizowane po raz trzeci w Polsce Final Four siatkarskiej Ligi Mistrzów jak zwykle cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Bilety rozeszły się w błyskawicznym tępie, co dowodzi, że siatkówka cieszy się coraz większym zainteresowaniem w naszym kraju. Obsada i cała strona sportowa finałów powinna usatysfakcjonować nawet najbardziej wymagającego kibica. Trentino PlanetWin, Zenit Kazań, PGE Skra Bełchatów oraz Arkas Izmir zmierzą się o tytuł mistrzowski. Emocji na pewno nie zabraknie.
Już w półfinale po przeciwnych stronach siatki staną zawodnicy z Trento i Kazania. Dojdzie do potyczki między drużynami, według wielu uważanymi za największe potęgi współczesnej siatkówki. Największe sławy światowych reprezentacji skupione w tych dwóch zespołach pokażą to, co w siatkówce najlepsze. Na pewno nie będzie to łatwy pojedynek i ciężko wskazać faworyta. Pewne jest to, że dane nam będzie obejrzeć mecz na absolutnym szczycie. Niewykluczone, że będzie on nawet w stanie umniejszyć rangę samego finału.
W drugim półfinale zmierzą się Skra Bełchatów i Arkas Izmir. Drużyna z Turcji dość niespodziewanie dostała się do najlepszej czwórki turnieju. O wejście do Final Four walczyli z rosyjskim Dynamem Nowosybirsk. Pierwszy mecz Arkas przegrał dość gładko 0:3. Po raz kolejny jednak okazało się, że w siatkówce wszystko jest możliwe i zawsze trzeba grać do ostatniego gwizdka. W rewanżu drużyna z Izmiru wygrała 3:2, a następnie nie dali rywalom szans w decydującym złotym secie, wygranym 15:11 i awansowała do kolejnej fazy turnieju.
Skra Bełchatów nie musiała walczyć w kwalifikacjach ze względu na fakt, że są organizatorami imprezy. Mimo tego przywileju wielu kibiców było niezadowolonych, zalewając Mistrza Polski falą krytyki. Zarzocano mu, że nie wykupując sobie miejsca w półfinale, nie byłby w stanie wywalczyć go sobie w sportowej rywalizacji. Samym zawodnikom też nie do końca odpowiadał taki układ, ponieważ mieli coś do udowodnienia niedowiarkom. Niemniej jednak prawo do organizacji finałów Ligi Mistrzów jest ogromnym wyróżnieniem. Wszyscy, zarówno zawodnicy, jak i europejscy i światowi działacze, dostrzegają tę wspaniałą i niepowtarzalną atmosferę panującą w polskich halach. Zawsze można luczyć na pełne trybuny, niezależnie od tego czy na parkiecie prezentują się Polacy czy nie. Gorący, nieustający doping to wielka motywacja dla zawodników, popychająca do jak najlepszej gry. Nawet na siatkarzach zza granicy, obytych z największymi światowymi obiektami i ogromem widzów, duże wrażnie musi wywierać, na przykład, „Mazurek Dąbrowskiego” odśpiewany a’capella przez kilkanaście tysięcy gardeł.
Dlatego też powinniśmy być wdzięczni, że dane nam będzie po raz kolejny wziąć udział w takiej imprezie. Polska gościć będzie najlepszych siatkarzy globu, ale niektórzy nie potrafią zrozumieć jak wielkim jest to zaszczytem. Zapomnijmy jednak o osobistych upodobaniach jednostek i pokażmy  najlepszej czwórce tegorocznego turnieju finałowego siatkarskiej Ligi Mistrzów siłę polskich kibiców. Uczyńmy z tego weekendu prawdziwe siatkarskie święto, które na długo utkwi w pamięci zawodników, działaczy i kibiców. Do zobaczenia w Łodzi!