Pokazywanie postów oznaczonych etykietą me. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą me. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 grudnia 2014

Równia pochyła

Fot. Michał Stańczyk

Czasami porażki motywują. Sprawiają, że sportowcy odnajdują w sobie siłę i wolę walki, chcą zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie wywarli swoją postawą. Na nasze nieszczęście, ta ewentualność nie wystąpiła w przypadku Polskich szczypiornistek. Podopieczne Kima Rasmussena przegrały swój drugi mecz na Mistrzostwach Europy.

Brak wsparcia
Po pierwszym meczu istotny dla nas był także wynik spotkania między Węgrami a Rosją. Nawet tutaj szczęście nam nie sprzyjało, ponieważ nasze przyszłe przeciwniczki podzieliły się punktami po wyniku 29:29. Korzystniej byłby, aby choć jeden zespół pozostał bez punktu. W przypadku wygranej Rosjanek nad Hiszpankami Polki bezwzględnie musiałyby wygrać z naszymi wschodnimi sąsiadkami. Iberyjki nie dały jednak wyrwać sobie choć punktu, wygrywając 25:24. Z naszej perspektywy znaczyło to tyle, że wciąż mamy szansę na awans do drugiej rundy. Trzeba było tę szansę jeszcze wykorzystać.

Koncert błędów
Mecz z Madziarkami miał być łatwiejszy. Biało - czerwone rozgrywały już drugi mecz, a powszechnie wiadomo, że to początki sprawiają najwięcej problemów. Pierwsze minuty spotkania mogły dawać nadzieję, że będzie dobrze. Szybko okazało się, że był to chwilowy przebłysk. Tak jak w meczu inauguracyjnym, tak i teraz Polki zaczęły popełniać błędy, szczelna na początku obrona zaczęła się sypać a w ataku całkowicie brakowało nam skuteczności. Kiedy przegrywaliśmy już 5:11, Kim Rasmussen postanowił wprowadzić zmienniczki - Joannę Drabik i Klaudię Pielesz. Okazało się to tylko chwilowym sposobem na poprawę złej dyspozycji Biało-czerwonych. Na przerwę schodziły z wynikiem 7:14.
W drugiej partii niewiele się zmieniło.Podopieczne duńskiego trenera nie potrafiły wykorzystać okresów gry w przewadze, popełniały proste błędy i gubiły podania. Węgierki spuściły z tonu dopiero 10 minut przed końcem spotkania, kiedy to, niemające nic do stracenia Polki zaczęły gonić wynik. Zmniejszyły stratę z dziewięciu do pięciu bramek. Było jednak zdecydowanie za późno. Zamiast rozegrać atak pozycyjny, Biało-czerwone próbowały rzucać co kończyło się stratami i szybkimi kontrami Węgierek. Ostatnią szansę zmarnowała Iwona Niedźwiedź, która grała z obolałą stopą i nie była zbyt skuteczna.

Jak nie grać w szczypiorniaka
Polskie szczypiornistki w meczu z Węgrami zaprezentowały poziom jeszcze gorszy niż w poprzednim spotkaniu. Pozwalały rywalkom na wszystko, jeśli juz próbowały nawiązywać kontakt, były to tylko chwilowe zrywy.  
Na pomeczowej konferencji swojego rozczarowania nie krył trener, Kim Rasmussen:
- Pierwsza połowa była bardzo słaba w naszym wykonaniu. Graliśmy źle. W ataku, kiedy trzeba było biec w lewo, my biegliśmy w prawo, kiedy trzeba było w prawo, my biegliśmy w lewo. Nie poznawałem swojego zespołu. - mówił selekcjoner reprezentacji Polski, który był zły na rozwój sytuacji. - Po przerwie było lepiej, jednak w wielu momentach podejmowaliśmy złe decyzje, chcieliśmy za szybko zdobyć bramkę i niepotrzebnie przeprowadzaliśmy indywidualne akcje, które zwykle kończyły się stratą

 a Iwona Niedźwiedź skwitowała postawę swojej drużyny, krótkim zdaniem: "-Wypada tylko przeprosić kibiców." Widać było, że Biało-czerwone są kompletnie przybite takim stanem rzeczy. Żadna z zawodniczek nie potrafiła wyjaśnić co jest przyczyną aż tak tragicznej gry. Na każde wspomnienie o zeszłorocznych Mistrzostwach Świata, na których Polki zajęły czwarte miejsce, pojawiały się komentarze, że to zupełnie różne imprezy i nie ma co ich porównywać.
Tak na ten temat wypowiedziała się bramkarka naszej reprezentacji, Małgorzata Gapska:
To są zupełnie inne zawody, inne przeciwniczki i przede wszystkim inny tok przygotowań. Wtedy miałyśmy więcej czasu na poznanie siebie, naszego tempa akcji. Były dwa tygodnie, codziennie po dwa treningi. Miałyśmy również czas na rozkręcenie się w turnieju, bo na początku były łatwe rywalki. Tutaj tego zabrakło. Taki jest jednak sport i trzeba to przyjąć. Nie jesteśmy zadowolone z siebie i sposobu, w jaki przegrałyśmy mecze, a niech pan uwierzy, można schodzić z parkietu po przegranym spotkaniu z podniesioną głową. Miejmy nadzieję, że te dwie porażki czegoś nas nauczyły i będzie przełom z Rosją. Jeżeli nie, to będzie smutno, bo trzeba będzie szybko wrócić do domu. Nie chcę jednak teraz o tym myśleć. Dzisiaj trzeba skończyć żałobę po wczorajszym meczu i czas zacząć myśleć pozytywnie.

Nie tylko Gapska nawoływała do otrząśnięcia się po porażce. Inne zawodniczki też wskazywały, że bardzo ważnym krokiem będzie teraz zapomnienie o dwóch kompletnie nieudanych spotkaniach i podejście do meczu z Rosją z chłodną głową. Pojawiały się też obietnice i słowa mające wlać nadzieję w serca kibiców.
Druga goalkeeperka Biało-czerwonych, Izabela Prudzienica, zapewniała:
 
- To są mistrzostwa Europy, tu grają najlepsze drużyny. Walczymy, dajemy z siebie wszystko do ostatniej sekundy. Czasami to nie wychodzi, ale starałyśmy się gonić rywalki - powiedziała Prudzienica - Zwycięstwo Hiszpanek oznacza, że mamy ostatnią szansę w spotkaniu z Rosją. Zagramy o nasz honor. Będziemy się starać ze wszystkich sił. Mogę obiecać, że zostawimy serce na boisku.

Nam pozostaje tylko mieć nadzieję, że Polki rzeczywiście otrząsną się po laniu jakie zgotowały im reprezentacje Hiszpanii i Węgier. Mecz z Rosją, który odbędzie się już dziś o godzinie 18.15 jest meczem o być albo nie być na tym turnieju. Naszym przeciwniczkom do awansu wystarczy tylko remis, ale dla nas liczy się tylko zwycięstwo. Teraz już wszystko w naszych rękach.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Trudne początki

 
Fot. Norbert Barczyk


Rozpoczęły się właśnie Mistrzostwa Europy piłkarek ręcznych, organizowane wspólnie przez Węgry i Chorwację. Biało - czerwone nie mogą jednak dobrze wspominać swojego pierwszego meczu.

Piłka ręczna, zwłaszcza kobieca, w Polsce jest sportem, może nie tyle niszowym, co niedocenianym. Pomijając ważne międzynarodowe imprezy, zainteresowanie tą dziedziną jest raczej umiarkowane. Polskie szczypiornistki zyskały sobie grono kibiców po ostatnich Mistrzostwach Świata, na których podopieczne duńskiego trenera, zajęły czwarte miejsce. Zaostrzyło to apetyty kibiców na sukces na europejskim podwórku.Od początku jednak było wiadomo, że łatwo nie będzie. "Polską" grupę tworzą bowiem takie drużyny jak Hiszpania, Węgry i Rosja, będące od lat elitą światowego handballa.

Zimny prysznic
Na początek przyszło nam zmierzyć się z reprezentantkami z Półwyspu Iberyjskiego. Hiszpanki, brązowe medalistki ostatnich Igrzysk Olimpijskich, nie były łatwym przeciwnikiem. Mimo dobrego początku, kiedy Polski starały się nawiązać walkę z rywalkami, nie pozwalały im uciec na zbyt dużą odległość punktową. W pewnym momencie, udało im się nawet wypracować przewagę. Jednak im dalej, tym gorzej działo się w naszym obozie. Podopieczne Kima Rasmussena, traciły piłkę, popełniały proste błędy i nie potrafiły powstrzymać rozpędzonych Hiszpanek. Druga połowa całkowicie należała do naszych przeciwniczek, które spokojnie kontrolowały wynik i stało się jasne, że nie jesteśmy w stanie wydrzeć im zwycięstwa. Najjaśniejszymi punktami naszej drużyny były Alina Wojtas i Karolina Kudłacz, które razem zdobyły ponad połowę bramek w niedzielnym meczu. Nie wystarczyło to jednak, aby wygrać z Hiszpankami. Mecz zakończył się przegraną Biało - czerwonych 22:29.

Kim Rasmussen, selekcjoner reprezentacji Polski tak skomentował postawę swoich podopiecznych:
- Wykonaliśmy dużą pracę przed tym turniejem i przed tym meczem, ale to nie wystarczyło. Rywalki karały nas za każdą niewykorzystaną szansę. Myśląc o zwycięstwie, nie powinniśmy mieć tak dużo strat i niewykorzystanych sytuacji - żalił się Duńczyk - Zawsze jestem zawiedziony po porażkach w takim stylu. Popełniliśmy za dużo prostych błędów. Zabrakło nam profesjonalizmu i cynizmu w naszej grze. Nie potrafię sobie ciągle wytłumaczyć, jak to możliwe, że wyrzuciliśmy dziewięć piłek w aut w trakcie meczu. Takie straty kosztowały nas wiele.

Pecha ciąg dalszy
W niedzielnym meczu kontuzji doznała nasza podstawowa rozgrywająca - Iwona Niedźwiedź. W 49. minucie spotkania, przy stanie 19:23 zeszła z boiska, skarżąc się na ból stopy. Z początku wszystko wyglądało bardzo źle i Niedźwiedź od razu po meczu została przewieziona do szpitala na badania. Na całe szczęście okazało się, że kontuzja nie jest na tyle poważna, aby wykluczyć rozgrywającą na całe Mistrzostwa. Ból okazał się mieć związek z rozcięgnem podeszwowym, z urazem którego Polka zmaga się już od kilku tygodni.
Sama zawodniczka tak wypowiedziała się dziś na temat swojej kontuzji:
Kiedy w czasie meczu poczułam ból, byłam przekonana, że sobie coś uszkodziłam w stopie. Dlatego może to tak groźnie wyglądało. Na całe szczęście jest jak najbardziej OK. Wszystkie badania diagnostyczne wykluczyły jakąkolwiek poważniejszą kontuzję. Ze sztabem medycznym mocno pracujemy nad tym, żebym była gotowa do gry już we wtorek, w meczu z Węgierkami, w co głęboko wierzę. - mówiła rozgrywająca.

Kolejny mecz fazy grupowej już jutro o godzinie 20:30. Rywalem Polek będzie tym razem reprezentacja Węgier, która w swoim pierwszym meczu zremisowała z Rosją 29:29.

piątek, 26 października 2012

Dwudniowy mecz



Mecz eliminacyjny pomiędzy Polską a Anglią miał być najważniejszym w sezonie jesiennym. Zgodnie z przewidywaniami spotkanie to przyniosło nam wiele emocji. Jednak nie do końca takich jakich byśmy oczekiwali…



Śliska sprawa


Mecz pierwotnie zaplanowany był na 16 października. Jednak już w chwili, gdy piłkarze wyszli na przedmeczową rozgrzewkę, niemal pewne było, że mecz się nie odbędzie. Padający od dłuższego czasu deszcz sprawił, że Stadion Narodowy przypominał ogromną kałużę. Nadawał się bardziej do uprawy ryżu, niż do gry w piłkę. Wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w niebo, które nie zapowiadało poprawy pogody i zastanawiali się dlaczego dach nie został zasłonięty. Wiadomym było, że nie można go teraz otworzyć z powodu wody, która się na nim zebrała. Na boisku pojawili się sędziowie, którzy mieli skontrolować stan murawy. Piłka nie była w stanie odbijać się ani toczyć po zalegającej wszędzie wodzie. Jednak, jak się okazało, nie był to dostateczny powód, bo przedstawić decyzję w sprawie meczu. Ogłoszono, że zapadnie ona o godzinie 21.45, kiedy to dojdzie do kolejnej inspekcji. Możliwości były dwie – albo spotkanie się wtedy odbędzie, albo zostanie przełożone na inny termin. Przez cały ten czas na boisko nie wyszedł nikt, ani sędzia, ani przedstawiciel Narodowego Centrum Sportu, ani osoba z obsługi stadionu, by w jakiś sposób przygotować boisko. Dach był otwarty, deszcz padał, a kibice byli coraz bardziej oburzeni. Nieco frajdy przyniosło im trzech śmiałków, którzy wybiegli w pewnym momencie na murawę. Ślizgali się po niej, uciekali ochroniarzom, przy okazji nieco ich ośmieszając, gdy tamci padali ofiarą narodowych kałuż. W końcu jednak ta trójka mężczyzn, która następnego dnia została okrzyknięta „Bohaterami Basenu Narodowego”, została schwytana i wyprowadzona z obiektu. W końcu kilka minut przed 22 zapadła oficjalna decyzja delegata FIFA, pana Danijela Josta – rozegranie meczu w takich warunkach jest zupełnie niemożliwe. Po konfrontacji ze stroną Polską i stroną Angielską, spotkanie zostało przełożone na kolejny dzień.


Deja vu?


Nie jest to pierwsze, i pewnie nie ostatnie, zamieszanie związane z dachem Stadionu Narodowego w Warszawie. Wystarczy przypomnieć sobie czerwcowe Mistrzostwa Europy i mecz otwarcia pomiędzy Polską a Grecją. Mimo upałów, jakie panowały wtedy w Polsce, zdecydowano, że dach zostanie zamknięty, przez co atmosfera tam porównywalna była do sauny. Niemieckie media stwierdziły, że mecz rozegrany został na hali, a nie stadionie piłkarskim. Piłkarze narzekali, że w wypełnionym po brzegi obiekcie, nie dało się swobodnie oddychać. Wtedy dach zamknięto, kiedy było to całkowicie  niepotrzebne, tym razem było odwrotnie. Przy złych warunkach pogodowych, pozostawiono go otwartego. Wszyscy narzekali na paradoks, jakim było odwołanie meczu z powodu deszczu na, teoretycznie, krytym obiekcie. W czasach tak rozwiniętej techniki, nie powinno sprawiać problemu sprawdzenie pogody w dzień meczu. PZPN wspólnie z NCS-em zabrali się za to dopiero w chwili, kiedy meczu nie dało się uratować.


Co się odwlecze…


W końcu, z całodniowym opóźnieniem, bo 17 października o godzinie 17:00, rozpoczął się mecz Polska – Anglia w eliminacjach Mistrzostw Świata 2014. Dach był zamknięty, murawa nieco grząska, ale w pełni odpowiednia, można więc było grać. Już od początku, spotkanie było niespodziewanie zacięte. Zarówno Polacy, jak i Anglicy szturmowali na bramkę rywali. Groźniejsze sytuacje stwarzali jednak Polacy. Pierwsza bramka mogła paść po dośrodkowaniu Roberta Lewandowskiego już w 12. minucie spotkania. Niestety, Łukasz Piszczek nie zdołał w porę dobiec do podania i piłka znalazła się w rękach angielskiego bramkarza Joe Harta. Kolejną sytuacje bramkową nasi piłkarze mieli 15 minut później. Kamil Grosicki przechwycił piłkę na połowie rywala i podał do Lewandowskiego. Ten świetnie uwolnił się od angielskich obrońców i oddał strzał, niestety niecelny. Pierwszy gol w tym spotkaniu padł dość niespodziewanie. Anglicy wypracowali sobie rzut rożny, który wykonywał Steven Gerard. Jego dośrodkowanie w pole karne trafiło do Wayne’a Rooney’a, który całą sytuację zakończył strzałem głową. Chwila nieuwagi polskiej defensywy doprowadziła do utraty gola. Drugą połowę zaczęliśmy od mocnego akcentu jakim był strzał Obraniaka zza pola karnego. Piłka poleciała w samo okienko, jednak tam czekał angielski bramkarz. Od początku drugiej odsłony meczu Polacy nieznacznie dominowali na boisku. Spychali Anglików na własną połowę, nie pozwalali konstruować groźnych ataków, za to sami wyprowadzali zabójcze kontry i ataki pozycyjne. Brakowało tylko skuteczności w ich wykańczaniu. W końcu jednak zdołaliśmy doprowadzić do wyrównania. Tak jak w przypadku pierwszej bramki, nasza padła po rzucie rożnym. W 70 minucie meczu, w pole karne dośrodkowywał Ludovic Obraniak. Joe Hart wyszedł do tego dośrodkowania, jednak ubiegł go Kamil Glik, który posłał piłkę do siatki. Więcej goli w tym meczu nie padło, jednak śmiało można stwierdzić, że to Polacy powinni wygrać. Swoją dobrą postawą zmuszali reprezentację Roya Hodgsona do błędów, nie pozwalali przebić im się przez polską obronę. To poskutkowało wieloma akcjami wyprowadzonymi z kontry. Po raz kolejny jednak brakowało nam skuteczności w decydujących chwilach. Niemniej jednak, możemy teraz z nieco większym optymizmem patrzeć na naszą przyszłość w tych eliminacjach. Ale nie popadajmy też ze skrajności w skrajność. Trzeba pamiętać o gorszym meczu z Czarnogórą. Trener Fornalik wzorowo odrobił pracę domową i dobrze przygotował Biało – Czerwonych do potyczki z Anglikami. Dlatego pozostaje nam mieć nadzieję, że to samo zrobi przed kolejnym spotkaniem. A będzie to mecz z Ukrainą na własnym terenie, już 22 marca przyszłego roku.